Wiele osób wie, kim jest Aleksander Siergiejewicz Puszkin. Jego wielkie dzieła budzą podziw nie tylko u rosyjskiego czytelnika. I oczywiście większość ludzi dobrze zna biografię poety, którą wszyscy uważnie studiowali od czasów szkolnych. Ale niewiele osób pamięta, kim byli rodzice Puszkina, zna ich imiona, a tym bardziej, jak wyglądali Agnieszka Holland jest polską reżyserką i scenarzystką filmową. Urodziła się w 1948 roku w Warszawie. Jej rodzice byli polskimi Żydami – ojciec, Henryk Holland był dziennikarzem i socjologiem, matka, Irena Rybczyńska była dziennikarką, czynnie uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim. Rodzice Agnieszki rozwiedli się, a przyszła Krzysztof Krawczyk – rodzice, wczesne lata. Krzysztof Krawczyk urodził się 8 września 1946 roku w Katowicach, jako syn Januarego Krawczyka (1906–1964) i Lucyny z domu Drapały (1922–2006). Jego rodzice byli aktorami i śpiewakami operowymi. Mieszkał następnie w Białymstoku oraz Poznaniu i Łodzi, a to ze względu na pracę rodziców RODZICE ANI Byli nauczycielami, zwali się: Walter i Berta Shirley. TEST O ANI 1. Na jaki kolor Ania ufarbowała sobie włosy? a) Na zielono b) Na fioletowo c) Na czarno d) Na różowo 2. Co Ania dodała do ciasta? a) Cukier - puder b) Krople walerianowe c) Olejek pomarańczowy d) Olejek cytrynowy 3. Gdzie znajdował się sierociniec, gdzie Wiktor Kowalewski bowiem sam już jest ojcem. Możliwe, że to właśnie jego córka Sacha (czyli wnuczka Krzysztofa Kowalewskiego) będzie kontynuować aktorskie tradycje w tej rodzinie. Studiuje Sekcja zwłok zamordowanej rodziny z Chodzieży zaplanowana jest na czwartek 27 kwietnia. Już teraz prokuratura podała wstępne ustalenia, że dwie z ofiar - rodzice Krzysztofa A. - zostały . Dowiózłszy nas na pl. Zbawiciela, taksówkarz gładzi łysą głowę. – Życzę, żeby te wszystkie wasze postulaty marzeniowe się wam spełniły – żegna się. Napiwek. Trzask drzwi. Jesteśmy. 1. LGBT to nie ideologia Na miejscu tęczowo; tęczowe parasolki, tęczowe torby, tęczowe flagi, tęczowe skarpetki. I deszczowo. Mokną transparenty „ABC, LGBT, XYZ”, „Jezus miał dwóch ojców”, „Mąż mojego syna to moja rodzina”. Dominika i Weronika, studentki filologii polskiej, przytulają się pod banerem: „Les is the best”. Dziewczyny, po co tu przyszłyście? Dominika: – Po równość. Ludzie postrzegają osoby LGBT w sposób krzywdzący. Idziemy po to, żeby to zmienić. To normalne, wśród zwierząt występują takie zjawiska. (Weronika: – Wśród pingwinów). – Wśród pingwinów, tak. Miłość to miłość. Chcemy tylko równych praw, niczego więcej, nie chcemy żadnych przywilejów. Nie jesteśmy ideologią. Wcześniej była nagonka na uchodźców, teraz jest na LGBT. To jest po prostu smutne. Czytaj także: Straszenie LGBT to stały i zgrany repertuar PiS 2. „Wielka promocja seksualizmu” Przebiwszy się przez policyjny szpaler, trafiam do innego świata. Fundacja PRO – Prawo do życia przyniosła własne transparenty. „Stop pedofilii. Pedofilia występuje do 20 razy częściej u homoseksualistów”. „Czego lobby LGBT chce uczyć twoje dzieci? 4-latki: masturbacji. 6-latki: wyrażania zgody na seks. 9-latki: pierwszych doświadczeń seksualnych, orgazmu”. Niektóre z haseł zostały w domach, bo stowarzyszenie Tolerado wygrało z fundacją proces, uniemożliwiając posługiwanie się najdrastyczniejszymi ze sloganów i grafik. Prowadzący przypomina, że członkiem Tolerado jest... – Mariusz Drozdowski, który publicznie przyznał kilka lat temu, że czuje pociąg seksualny do dzieci. Otwarcie przyznawał, że jest fanem gejowskiej pornografii, którą kolekcjonuje. Uwielbia szczupłych, młodych chłopców. Dlaczego protestujecie przeciw marszowi? Mirek, wąsaty 50-latek w czapce i spodniach moro. – Dzieci są pozbawione przykładu życia rodzinnego i narażone na wykorzystywanie seksualne. Nie zgadzamy się z propagandą homoseksualizmu, prawda? Była mowa o tym, że jest wielka promocja seksualizmu, prawda? Oni niby żądają tolerancji, ale chcą propagować to jako coś normalnego, a to nie jest normalne. Emerytka Karolina dodaje: – Jesteśmy tu, żeby chronić wiarę katolicką. Pokazać, że jesteśmy, że nie tylko są tu osoby o odmiennych poglądach, jacyś tam pedofile, lesbijki, homoseksualiści. Jesteśmy też my, katolicy. Dlaczego inne grupy mają nas przewyższać? Czytaj także: Ładunki wybuchowe na Marszu Równości w Lublinie 3. Jestem normalna i chcę normalnie żyć Marsz rusza z półgodzinnym opóźnieniem przy dźwiękach „Born this Way” Lady Gagi. Wychodzimy z Modrzejewskiej, skręcamy w Świdnicką. Pod pomnikiem Bolesława Chrobrego kolejna kontrmanifestacja. – Aktywiści na Zachodzie nawołują do legalizacji pedofilii... – krzyczy aktywista. Kolejnych głów nie słychać, gdyż nikną zagłuszeni przez Cher, której „Belive” emituje jeden z marszowych wozów. Ola trąca mnie transparentem „Odpierdolta się od naszego LGBT i od nas”. – Tydzień temu byłam na marszu w Lublinie. We Wrocławiu jest więcej ludzi, wydaje się, że jest bezpieczniej. Zdecydowanie więcej gróźb śmierci słyszałam tam niż tutaj. Co zrobić, żebyś w ogóle nie słyszała tych gróźb? – Chciałabym, żeby ludzie nauczyli się szacunku do siebie nawzajem. Żeby zamiast brać do rąk kamienie, race i koktajle Mołotowa, wzięli do ręki książki. Żeby poznawali różnorodność i nie bali się jej. Co chcesz zademonstrować? – Że jestem normalną osobą, która ma normalny tryb życia, po prostu inaczej dobieram partnerów. Spotkacie mnie w Biedronce, spotkacie mnie w Lidlu, spotkacie mnie na bazarze i w pracy. Jestem normalna i chcę żyć normalnie. Jan Hartman: Dlaczego Kościół chce „nawracać” ludzi LGBT? 4. Władysław Frasyniuk z flagą „Solidarności” Pod Renomą dołączają do nas politycy. Krzysztof Mieszkowski (KO) patrzy na billboard wyborczy Krzysztofa Mieszkowskiego rozwieszony tuż obok Teatru Polskiego, gdzie niegdyś Krzysztof Mieszkowski wystawiał spektakle. Pod plakatem Jacka Protasiewicza (PSL) przemyka Władysław Frasyniuk z flagą „Solidarności”. (Tuż obok transparentów: „Nie bój się tęczy” oraz „Episkopacie, zluzuj gacie”). Na LED-owych ekranach Teatru Capitol tęcze. Tuż obok: flagi partii Razem, którymi energicznie wymachują Adrian i Juliusz, studenci drugiego roku prawa. Czy w marszu powinniśmy epatować politycznymi emblematami? Adrian: – Powinniśmy. Są tu od nas Sławek Gadek, Marta Stożek, widziałem Krzysia Śmiszka... A co z innymi politykami? Juliusz: – Nie dość, że ich tutaj nie ma, nie dość, że udają, że takie osoby (LGBT – red.) nie istnieją, to jeszcze bywają wrodzy. Czasem – jak Korwin – chcą nas eksterminować. Adrian: – Ten marsz nie dzieje się tylko dzisiaj. To jest każda droga do sklepu, to jest każda droga do pracy. Z tłumu wynurza się Gosia. – Również Kościół na nas szczuje, modli się o nawrócenie policjantów, żeby nie ochraniali marszów. Mówi, że jest dyskryminowany, kiedy jest na pozycji uprzywilejowanej. Czytaj także: Polskie miasta zalewają faszyzm i homofobia 5. Wiara i tęcza, trudne połączenie Nieopodal Hania potrząsa flagą Wiary i tęczy. Kim jesteś, Haniu? – Jestem sprzedawcą, pracuję w sklepie – mówi, zagłuszana przez „I Will Survive” Glorii Gaynor. Czym zajmuje się Wiara i tęcza? – Zrzeszamy katolików ze społeczności LGBT. Przyznam ci szczerze: działałam u siebie w parafii, ale widząc, jakie mój proboszcz ma nastawienie... Jakie? – Wiesz, „chłopak i dziewczyna, normalna rodzina”. Bolały cię słowa abp. Jędraszewskiego? – Modlę się za niego. Skoro jestem „zarazą”, to nie powinnam być w Kościele. Ale jestem przecież chrzestną, jestem katoliczką, utożsamiam się z moją wiarą... Ciężko, nie? Mijamy dworzec główny, marsz skręca w Kołłątaja. Powiewają flagi ruchu bear, bi, trans, pan... Nastolatek w stroju kota uchyla przede mną oficerskiej czapki. Z balkonu pozdrawia nas tańcząca w rytm muzyki kobieta. Mężczyzna też pozdrawia, popijając piwo. Odmachujemy. Na horyzoncie majaczą gwiezdnowojenne transparenty. „May the pride be with you”. „May the rainbow unicorn be with you”. Czytaj także: Oskarżam biskupów, księży i świeckich mojego Kościoła 6. Policjant z pałką, policjant z owczarkiem Programista Konrad ma na sobie pelerynę z godłem wpisanym w tęczową flagę. To dość kontrowersyjny przyodziewek, nieprawdaż? – Zgadza się. Ale były wygrane rozprawy, w Częstochowie. To nie jest flaga, a jedynie pastisz, artystyczna przeróbka. Karol, z zawodu księgowy, nie igra z narodową symboliką. Ma na sobie kostium homara, pod oczyma grubą warstwę brokatu, a na nogach szpilki. Jak oceniasz kontrmanifestację? – Jest coś takiego? Jeżeli jest, to jest meganiefajne. Otóż, Karolu, jest. Pod Wzgórzem Partyzantów dwóch mężczyzn krzyczy: „jebać pedałów”. Policyjny operator błyskawicznie kieruje w ich stronę kamerę. Umykają, zasłaniając twarze dłońmi. Na Wzgórzu Partyzantów, gdzie kiedyś mieścił się HAH (już ponownie otwarty), gejowska mekka Wrocławia, spogląda na nas z plakatów Przemysław Czarnecki. Młody chłopak wspina się na słup z afiszem, by wetknąć za nim tęczową flagę. Ochrania go kwiat policji. Policjant z butlą z gazem, policjant z tarczą, policjant z pałką, policjant z karabinem na gumowe kule, policjant trzymający na smyczy owczarka niemieckiego. Czy czujesz się bezpiecznie z taką obstawą? – pytam Weronikę. – Zapytaj Igora. Gdy podstawiam mikrofon, roczny Igor wpatruje się we mnie badawczo, ciamkając smoczka. – Tak, czuję się tu bezpiecznie, gdyby tak nie było, nie przyszłabym tu z synem – dopowiada mama. Czytaj także: Kolorowe zarazy i purpurowe napomnienia 7. Mało cukru, dużo miłości. Firmy dla LGBT Obok Galerii Dominikańskiej mieszczą się biura HP. Choć w sobotę w firmie nie ma żywej duszy, w każdym oknie widać tęczową flagę. Wysuszony krzykami chwytam za Sprite′a rozdawanego na całej trasie marszu. Na puszkach hasło: „Bycie sobą jest konkretnie orzeźwiające. Mało cukru, dużo miłości”. Mijając tęczowy baner Google, trafiam na pracowników Collibry, która posłała na marsz liczne przedstawicielstwo. Skąd was tu tyle? Marika: – Chcemy wspierać LGBT. Jesteśmy firmą, która pracuje w środowisku międzynarodowym, w naszym biurze pracują obcokrajowcy, ludzie różnej orientacji. Uważamy, że powinniśmy propagować równość i otwartość. Czytaj także: Różowy kapitalizm. Firmom opłaca się angażować 8. Nauczka po marszu w Białymstoku Wóz z głośnikami na chwilę nas opuszcza, skręcając w Kazimierza Wielkiego. Na odchodne Madonna deklaruje, że jest materialistką. Dźwięki muzyki cichną, stąd na Oławskiej głośno wybrzmiewają przeciwnicy manifestacji. – Homoseksualiści wielokrotnie częściej molestują dzieci. Tysiące dzieci w państwach zachodnich pada ofiarami homoseksualnych pedofilów. Ktoś z boku: – Tak, zjadamy je, z cebulą. Tłum: – Ho-mo-fo-bia-to-się-le-czy. Na Ruskiej pochód próbuje zatrzymać kolejny bojownik. – Spierdalać z mojego kraju! – krzyczy. Policjant odgania go zdecydowanym ruchem. Pan podnosi ręce i wycofuje się, a siostra Mary Read wystawia język. Uśmiecha się do mnie uśmiechem, który doskonale znam z materiałów TVP, ustawicznie kojarzących ruch LGBT właśnie z jej kontrowersyjnym wizerunkiem. Korpulentna, z biustonoszem na głowie, obfitą brodą i wszystkimi kolorami tęczy wymalowanymi na twarzy, wydaje się mieć donioślejszą misję, niż realizuje telewizja publiczna. – Zakon Sióstr Nieustającej Przyjemności ma już 40 lat. Zajmujemy się głównie profilaktyką chorób przenoszonych drogą płciową. W Polsce jest nas mało, ale w USA, w Niemczech, we Francji... – zawiesza głos. Mary zjadła na protestach zęby, w Poznaniu, skąd pochodzi, maszeruje od 15 lat. – Bardzo się cieszę, że w tym roku idziemy w takiej liczbie małych miasteczek. Tam przecież też mieszkają osoby LGBT, to dla nich święto; każdy może się poczuć u siebie, złapać się za rękę, przytulić... I dostać cegłówką w głowę. – Ze względu na kampanię wyborczą jest coraz gorzej. Młodzież, która szła w Białymstoku, często była na marszu równości pierwszy raz. I od razu dostała szkołę – kontrmanifestanci rzucali im zapalone race pod nogi. Jako siostra tyle młodych osób tam przytuliłem, że to aż niewiarygodne. W Przejściu Garncarskim łapię na spytki Kamila, dwumetrową drag queen z falbaniastą suknią i stalowymi obcasami. Kim jesteś, Kamilu? – Jestem LGBT. Jestem człowiekiem. Przyszedłem tutaj poznać nowe oso... – Z drogi, bo królowa jedzie! – mija nas na hulajnodze uczestnik marszu. – Po sytuacji w Białymstoku bałem się bardzo przyjść na dzisiejszą paradę. Mam nadzieję, że wybory, które się za tydzień odbędą, przywrócą nam poczucie bezpieczeństwa. Dziś wszyscy jesteśmy Białymstokiem. Czytaj także: Niech Białystok będzie przestrogą 9. Sejmowy zespół ds. LGBT Wracamy na pl. Wolności przy taktach „Białej Armii” Bajmu. Towarzyszący pochodowi wóz z napisem „Byliśmy, jesteśmy, będziemy” i naręczem różnokolorowych balonów staje się platformą wyborczą. Marta Stożek (Razem): – Zawsze im (moim dzieciom – red.) powtarzam, że mogą przyjść do mnie i powiedzieć: mamo, jestem LGBT. I jest OK, jest fajnie. Jako matka zawsze będę za miłością. (...) Nie wolno mi sprawić, żeby dziecko drżało o to, czy je zaakceptuję, czy nie straci domu, czy nie straci rodziny. Krzysztof Śmiszek (Wiosna): – Walczy nie tylko Poznań, nie tylko Warszawa, nie tylko Wrocław. Walczy także Gniezno, Płock, Rzeszów. (...) Kochani, za tydzień mamy szansę pokazać czerwoną kartkę homofobii, transfobii, nietolerancji. Śmiszek obiecuje, że jeśli lewica zasiądzie w sejmowych ławach, założy w parlamencie zespół ds. LGBT. (Tłum: „TAAAAAK!”). – Potrzebne nam są konkretne ustawy: równość małżeńska, porządna ustawa antydyskryminacyjna, ustawa o związkach partnerskich. Marsz rozchodzi się przy dźwiękach „Under Pressure” Queen. Organizatorzy ostrzegają, że – ze względów bezpieczeństwa – warto wracać do domów parami. Postulatowi przyklaskuje Marta Lempart, liderka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Czytaj także: Kwaśniewski, Czarzasty i nowe pokolenie lewicy 10. Antyrządowe marsze równości – Dla mnie było super przede wszystkim dlatego, że wrocławscy faszyści spod znaku Międlara, Rybaka i Zielińskiego są sporą siłą liczebną, gdy mają obstawę policji i zagwarantowaną trasę – mówi Marta Lempart. – Miało być nie wiadomo ile kontr... tylko że nie przyszli. Faszyści to tchórze. Co się zmieniło od ostatniego marszu? – Rząd oszalał... Więc ludzie, którzy nie mieli żadnego zdania w sprawie praw osób LGBT+, część tej „środkowej” grupy, której polityka nie interesowała, już nie ma. Muszą być po jednej albo po drugiej stronie, do tego zmusił ich PiS. Musieli wybrać, czy są po stronie rządu, prawicy i Kościoła, którzy nienawidzą i skutecznie nawołują do przemocy, czy po stronie bitych, opluwanych, zaszczuwanych. Marsze równości to dla wielu ludzi teraz manifestacje prodemokratyczne, antyrządowe. Zobacz, ile tam było młodych osób. One tam właśnie, krzycząc: „Róż, brokat, antyfaszyzm”, toczą swoją walkę o to, jak będzie wyglądała Polska. Czytaj także: Polityczne LGBT 11. Pierwszy marsz pod patronatem prezydenta Wrocławia Przy Kniaziewicza 28 rozprężenie. Aktywiści znoszą do kanciapy tęczowe flagi, ściskają się, umawiają na pomarszową imprezę w HAH-u. Jak było, pytam Piotra Buśkę, rzecznika Kultury Równości (organizator marszu). – Na gorąco? Bardzo, bardzo dobrze. Frekwencja, mimo deszczu, zachwycająca. Szacujemy, że było nas 8 tys. Frekwencyjny boom, kolejny rekord. Czyli lepiej niż w zeszłym roku? – W zeszłym roku pojawiły się te banery, samochody Fundacji PRO – Prawo do życia i to było nowe, z tym się jeszcze nie mierzyliśmy. To chyba było sondowanie, jakim straszakiem może być LGBT. W tym roku, podczas kampanii wyborczej, to wybuchło. Na tej nienawiści PiS przy wtórze mediów publicznych i aprobacie Kościoła katolickiego tworzy nienawistną kampanię wymierzoną w dwumilionową społeczność Polaków i Polek. Jak ważne jest, że honorowego patronatu udzielił marszowi prezydent Wrocławia Jacek Sutryk? – Bardzo ważne. To 11. marsz i pierwszy z honorowym patronatem. Przykład idzie z góry. Nie tylko dla mieszkańców i mieszkanek, ale także dla wszystkich instytucji i podmiotów. Miasto otwiera się na akceptację i pokazuje politykę włączającą. Nie wyklucza. Czy maszerowaliśmy dziś za czymś, czy przeciwko czemuś? Buśka zamyśla się. – Maszerowaliśmy wspólnie. Jesteśmy zdenerwowani, jesteśmy lżeni, jesteśmy dyskryminowani... ale marsz to święto nas wszystkich. Czytaj także: Plaga homofobicznych deklaracji w polskich samorządach Franciszek Walicki-zdj. Franciszek Bołt Dziennik Bałtycki. Franciszek Walicki to osoba, dzięki której muzyka polska brzmi właśnie tak a nie się 20 lipca 1920 roku w Łodzi. Jego rodzice pochodzili z Wilna, a rok 1920 to wiadomo, walka Polaków z Rosją zmuszeni uciekać do Łodzi i tam właśnie urodził się Franciszek gdy sytuacja się unormowała, wrócili do Wilna i mieszkali tam aż do wysiedlenia w 1945 Walicki ukończył liceum, a później w 1938 roku dostał się do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni. Miał zostać marynarzem. We wrześniu 1938 roku wyruszył w długi rejs na żaglowcu „Dar Pomorza”.Dar Pomorza to statek szkolny Akademii Morskiej (Państwowej Szkoły Morskiej wówczas) w Gdyni. Dzisiaj taką funkcję pełni „Dar Młodzieży”. Natomiast wtedy właśnie młodych adeptów wysłano w rejs, który prowadził przez Maroko, Wyspy Kanaryjskie, Wyspy Zielonego Przylądka, Kolumbię, poprzez Jamajkę, aż wylądowali na Kubie. W czasie tego rejsu, Franciszek Walicki miał możliwość poznania znakomitego pisarza, którego książki polecam, a mianowicie kapitana Karola Olgierda Borchardta. Do Gdyni wrócili w kwietniu 1939 roku. Rok akademicki się już nie zaczął, bo 1 września 1939 roku rozpoczęła się II wojna jej początku Franciszek Walicki przebywał w Wilnie. Tam po raz pierwszy poznał Leopolda Tyrmanda, do którego postaci jeszcze wrócę, bo to bardzo ważna znajomość. Potem, kiedy 17 września 1939 roku do Wilna od wschodu maszerowali na Polskę żołnierze Armii Czerwonej –znalazł się w Warszawie, potem w 1945 roku, po zakończeniu wojny, został wcielony do Marynarki Wojennej. Tam, między innymi, poznał Mariana Brandysa. Pod dowództwem komandora porucznika Stanisława Mieszkowskiego, w sztabie głównym Marynarki Wojennej redagował „Przegląd Morski”, czasopismo wydawane przez Marynarkę potem przyszedł rok 1952, wtedy to był, tak zwany, proces komandorów. Komandorów Marynarki Wojennej oskarżono o zdradę, wielu z nich wtedy rozstrzelano, chowając w bezimiennych grobach na przykład na Powązkach, w tym Stanisława Mieszkowskiego. Wtedy to Franciszek Walicki wystąpił z Marynarki wojennej i od 1952 roku współpracował z „Głosem Wybrzeża”, pisząc recenzje, felietony. Poznawał wtedy wielu ludzi kultury z naszych terenów, a więc Lecha Bądkowskiego, Franciszka Fenikowskiego, Zbigniewa Kosycarza, ojca znanego nam doskonale Macieja Kosycarza, fotografika. Ale również poznał Agnieszkę Osiecką, która wtedy w Gdańsku bywała częstym gościem. A w połowie lat pięćdziesiątych, mieszkając tu w Gdańsku, zainteresował się jazzem. Był jednym z organizatorów pierwszych dwóch festiwali muzyki jazzowej w Sopocie. płytę można kupić w niektórych sklepach 🙂 Pierwszy festiwal odbył się w 1956 roku, od 6 do 23 sierpnia. Wtedy przeszła parada przez ulicę Monte Cassino. Pomagali mu w organizacji wspomniany Leopold Tyrmand, ten, którego poznał w Wilnie. Leopold Tyrmand, również pisarz. Najbardziej chyba jest znana- „Zły” –wspaniała książka. Przy organizacji festiwalu brali też udział Stefan Kisielewski, także Jerzy Kosiński. Pierwsza edycja tegoż odbyła się w 1956 roku. Gwiazdą wielkiej klasy był wtedy Krzysztof Komeda, znakomity muzyk. Pewnie wszyscy kojarzą jego kołysankę z filmu Romana Polańskiego”Dziecko Rosemary” czy przepiękną balladę z filmu „Prawo i pięść” – „Nim wstanie dzień”.Występowała również grupa „Melomani”, a także grupa jazzowa o bardzo ciekawej nazwie „Drążek i pięciu”.Drugi festiwal odbył się za rok, w 1957 roku, ale już nie w Sopocie, tylko w Hali Stoczni(tej, która spłonęła w 1994 roku). Następny festiwal odbył się już w Warszawie, w 1958 roku i to był pierwszy festiwal jazzowy w Warszawie. Odbywa się on do dzisiaj i na pewno słyszeliście o tym festiwalu, nosi nazwę Jazz Jamboree. Odbywa się cyklicznie co Walicki był również inicjatorem pierwszego polskiego koncertu rock-and-rollowego. On ukuł też powiedzenie „big bit”czyli mocne uderzenie. Pierwszy koncert bigbitowy odbył się 24 marca 1959 roku w klubie „Rudy Kot”. „Rudy Kot” znajdował się –bo pozostał tylko budynek, przy ulicy Garncarskiej. Jak będziecie przechodzili koło dawnej redakcji Dziennika Bałtyckiego –bo również jej tam już nie ma, to widać namalowane na szybach koty i to właśnie miejsce, gdzie mieścił się klub „Rudy Kot”. To była odbudowana w 1947 roku, część kompleksu hotelowo-restauracyjnego Deutscher Hofi tam znalazł się klub studencki, w którym rozpoczął działalność Klub Pracowników Kultury. Powstał tutaj kabaret „Rudy Kot”, którego program pod tytułem, nomen omen, „Miniatury”, czyli tak jak nasz cykl, w którym wam opowiadam o dźwiękach Gdańska. Ten program był opary o teksty Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Występowali znakomici artyści, tacy jak Zbyszek Cybulski, Bogumił Kobiela. W tym budynku działał również Teatr Łątek, który później przekształcił się w teatr lalkowy Miniatura. O tym również opowiadaliśmy w jednym z odcinków tegorocznych Miniatur, gdy była mowa o dzielnicy Wrzeszcz. W tymże „Rudym Kocie”wystąpił po raz pierwszy zespół bigbitowy o nazwie Rythm and Blues. Opierał się na utworach twórcy amerykańskiego „Little Richarda”, również Jerry’ego Lee Lewisa czy Fatsa był Bogusław Wyrobek, ale również Michaj zespołu Rythm and Blues, po tym pierwszym, który był takim zaczątkiem, odbywały się również w całej Polsce. Młodzież, która oglądała te koncerty, była tak zachwycona, że czasami dochodziło do demolowania sal koncertowych, rzucano krzesłami, machano marynarkami. Po jednym z takich koncertów w Katowicach, Pierwszy Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, znany doskonale z lat osiemdziesiątych, Edward Gierek, powiedział, że „Jesteście na Śląsku, nasza młodzież uczy się i pracuje i raz w tygodniu chciałaby kulturalnie odpocząć i nabrać sił. Nie interesują nas wynaturzone mody i nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania”. I zaraz potem zespół rozwiązano. Było to 22 czerwca 1960 Walicki od razu, tego samego dnia, powołał zespół Czerwono-Czarni. Ich debiut odbył się 23 lipca 1960 roku, całkiem niedaleko od klubu „Rudy Kot”, a mianowicie – w klubie on swoją siedzibę przy Hucisku. To ten piękny neorenesansowy budynek, który obecnie jest miejscem obrad Rady Miasta jeśli chodzi o zespół Czerwono-Czarni to występował w nim również Michaj Burano, ten, który udzielał się najpierw w Rythm and Blues. Należy tu też wymienić takie nazwiska, jak Jacek Lech, Helena Majdaniec, Katarzyna Sobczyk, Karin Stanek. Zespół występował w 1977 roku w Warszawie, razem ze słynnym zespołem The Rolling Stones. Franciszek Walicki działał również w Gdańskim Jazz Clubie. 18 lipca 1970 roku otworzył w Grand Hotelu w Sopocie pierwszą dyskotekę o nazwie „Musicorama”. To było coś nowego. To było coś fantastycznego, bo nikt jeszcze żadnej dyskoteki do tej pory nie widział w kraju. Repertuar, który prezentowano, bazował na płytach, przywiezionych zza „żelaznej kurtyny”. A gdy wymienię nazwiska ludzi, którzy mu w tym pomagali, to jeżeli słuchaliście kiedyś Programu Trzeciego Polskiego Radia to na pewno je pamiętacie –Piotr Kaczkowski, Witold Pograniczny, Roman Waszko, Marek Gaszyński. Dyskoteka nosiła nazwę „Musicorama”, ale „Musicorama” to był także cykl koncertów,które odbywały się od lutego 1968 do marca 1969 roku. W czasie tych koncertów występowały takie gwiazdy, jak Czesław Niemen, Czerwone Gitary, Breakout, Skaldowie, No To Co, Bizony, Polanie, Marek Grechuta, Filipinki. Wydawano również czasopismo o nazwie „Musicorama”, ale wychodziło tylko przez dwa lata. Franciszek Walicki patronował również takim zespołom i twórcom, jak Tadeusz Nalepa czy zespół Breakout, Józef Skrzek i zespół SBB. To on wymyślił SBB jako –Szukaj, Burz, Buduj.. Pomagał Urszuli Sipińskiej i takim zespołom jak Klaus Mitffoch, jak Azyl P. Po latach, bo już w latach osiemdziesiątych, postanowił reaktywować festiwale jazzowo-rockowe i w Sopocie w roku 1986 i w 1987 odbył się Old Rock Meeting –festiwal muzyki Walicki zmarł 03 października 2015 roku. Jest pochowany na Cmentarzu Witomińskim. Zmarł w bardzo pięknym wieku- 95 tych rzeczy, o których wspomniałam, był również autorem tekstów piosenek, jako Jacek Grań, taki miał pseudonim. Pisał chociażby przeboje Czesława Niemena, „Ciuciubabka”, „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, „Hej dziewczyno”. Również przeboje Nalepy, które śpiewała Mira Kubasińska z zespołem Breakout –„Gdybyś kochał, hej”, „Poszłabym za Tobą” i tak dalej…i tak dalej…Wspaniały człowiek 🙂Dziennikarz muzyczny Roman Rogowiecki powiedział o nim- „to Kopernik polskiego rocka”… Ryszard Petru. Przez niektóre media kreowany na „wybitnego ekonomistę”, „światowej klasy eksperta rynków finansowych”. Jak jest naprawdę? Czy w przypadku Petru i całej „Nowoczesnej” nie mamy do czynienia jedynie z populistycznymi hasłami, dźwięcznymi sloganami i polityczną reklamą, których celem jest stworzenie wśród wyborców dobrego wrażenia, za którym nie stoi ani wiedza ani kompetencje ani tym bardziej dobre intencje? Kilka razy poruszaliśmy na łamach Gazety Bałtyckiej „problem” wykształcenia osób publicznych i nadużywania w stosunku do nich tytułu „profesora”. Wspomnę tylko nazwiska dr. hab. Leszka Balcerowicza, sędziego Jerzego Stępnia, dr hab. Krystyny Pawłowicz czy byłego dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, pana Krzysztofa Mieszkowskiego. Ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiły się pytania o wykształcenie pana Ryszarda Petru. Jak się okazuje, pytania zupełnie uzasadnione. Pan Ryszard Petru przez ostatnich kilkanaście lat uchodził w mediach, ale nie tylko w nich, jako „ekonomista”. Jako taki w swoim czasie rekomendował „gawiedzi” branie kredytów we frankach szwajcarskich, (gdy sam swój kredyt szybko „przewalutowywał” na złotówkowy), wypowiadał się publicznie (jako ekonomiczny autorytet) w sprawach finansowych, w tym tak poważnych jak polski deficyt budżetowy i budżet Rzeczpospolitej Polskiej. Były też sprawy pomniejsze, jak choćby długoterminowe prognozy gospodarcze. Polityk wielkiego formatu Ostatnio pan Ryszard przedstawia się już jako polityk wielkiego formatu, kierujący największą siłą opozycyjną w Rzeczpospolitej, kandydat na szefa rządu po przejęciu władzy przez kierowaną przez niego partię (partyjkę) o nazwie „.Nowoczesna”. Być może kogoś zbulwersowały liczne, acz przecudnej urody „wpadki” pana Ryszarda, który okraszał nimi niemal każdą swoją wypowiedź. Jaka była ostateczna przyczyna działań, nie wiem, ale ostatecznie ów „ktoś” postanowił przyjrzeć się bliżej wykształceniu i kwalifikacjom naszego bohatera i wyniki swoich prac upublicznił. A pan Ryszard, między innymi w wypowiedzi wyemitowanej w TVP, potwierdził bardzo interesujące ustalenia. Stosunki międzynarodowe Okazuje się, że nasz bohater ukończył Szkołę Główną Handlową w Warszawie. Przyznajemy, to bardzo zacna uczelnia. Z tym, że pan Ryszard ukończył studia na kierunku stosunki międzynarodowe. Jakie w związku z tym uzyskał kwalifikacje ekonomiczne – Bóg raczy wiedzieć. (Pewnie w ramach stosunków międzynarodowych sporo mówi się o ekonomicznych powiązaniach (zależnościach) pomiędzy krajami, ale żeby absolwenta tego kierunku od razu nazywać „ekonomistą”?) Już w trakcie studiów nasz bohater został asystentem posła Władysława Frasyniuka, a z rekomendacji swego wykładowcy, dr. hab. Leszka Balcerowicza, zatrudniony został w fundacji CASE. (Centrum Analiz Społeczno – Ekonomicznych). Dla zainteresowanych powiem tylko, że jest to jedna z wielu organizacji współfinansowanych przez Unię Europejską i liczne fundusze prywatne i starających się zachować wpływ na gospodarczą rzeczywistość krajów „pokomunistycznych”. W krótkim czasie pan Ryszard został asystentem Leszka Balcerowicza, a gdy ten został wicepremierem i ministrem finansów, jego doradcą, pracując między innymi w charakterze konsultanta w biurze pełnomocnika rządu ds. reformy emerytalnej. Tu już jego gwiazda ekonomisty zajaśniała pełnym blaskiem. Bardzo szybko pan Ryszard zatrudniony został w jednym banku, potem w drugim i trzecim, za każdym razem na coraz bardziej eksponowanych stanowiskach, prawdopodobnie za coraz większe pieniądze. Jakby nie patrzeć, bardzo szybko wykreowaliśmy gwiazdę ekonomii na miarę … „ Zupełnie świadomie nie wpisałem tu żadnego nazwiska. Bo zastanowiła mnie głębiej wypowiedź samego Ryszarda Petru, który, pytany o swoje wykształcenie ekonomiczne stwierdził, że (cytuję z pamięci): ukończyłem tę samą uczelnię, co Grzegorz Kołodko i Leszek Balcerowicz. No cóż. Na temat ekonomicznych osiągnięć obu byłych wicepremierów napisałem jakiś czas temu w Rozumiem, że aspiracje Ryszarda Petru w dziedzinie ekonomii nie są mniejsze niż osiągnięcia pana profesora Grzegorza Kołodki. Mam jednak wrażenie, że droga do takich osiągnięć jeszcze bardzo, bardzo daleka. Czy w ogóle możliwa do przejścia, nie mnie orzekać. Populistyczne hasła i masa sprzeczności Widząc działania pana Ryszarda zastanawiam się, jaki cel chce osiągnąć? A co ważniejsze, jakimi metodami. Dziś cała działalność opisywanego bohatera wydaje się być co najwyżej wirtualna. Opublikowany nie tak dawno program partii .Nowoczesna to zestaw wszelkiego rodzaju populistycznych haseł. Nie widzę w nim ani krzty ręki ekonomisty. Nie widzę sposobów, jakie mają doprowadzić do szczęśliwej i bogatej Polski. Znalazłem natomiast sporo wewnętrznych sprzeczności. Wymienię tylko jedną: na stronie trzydziestej siódmej autorzy piszą: „… będziemy wspierali polskie rodziny w wysiłku opiekowania się dziećmi i ich wychowania. By zachęcić do posiadania dzieci, wprowadzimy kompleksowy program „Bezpieczna rodzina”, z udziałem młodzieży, kobiet, rodzin i seniorów…”. I nieco dalej na tej samej stronie: „..Wszyscy rodzice będą mogli posłać dziecko do żłobka i przedszkola. Samorządy otrzymają wsparcie finansowe dla tworzenia miejsc w żłobkach i innych form opieki nad małym dzieckiem – zarówno na wsiach i w małych miasteczkach, jak i w dużych miastach”. Jeśli dobrze odczytuję, to dzięki panu Petru i jego partii rola rodziny ma się sprowadzać do spłodzenia odpowiedniej ilości potomków, by mogli iść do pracy i płacić podatki. Wychowaniem dzieci w poczuciu rodzinnych więzi, naszych, polskich tradycji, choćby szacunku dla pamięci zmarłych, w kształtowaniu poczucia dobra i zła – zajmą się już żłobki i przedszkola. Matki w tym czasie mogą śmiało pracować, nawet na dwa etaty (bo jeden plus półtora męża (przepraszam – partnera) nie wystarczy). Kreowanie wirtualnej rzeczywistości w wykonaniu pana Petru jest w miarę sprawne (forma graficzna cytowanego „Programu ..” jest, przyznaję to, atrakcyjna. Jednak w swych działaniach pan Ryszard zapewne nie doścignie mistrza ciętej riposty, gładkiej wypowiedzi i zerowych działań (chyba, że dla własnych korzyści – wtedy zerowe na pewno nie są), jakim w mojej ocenie jest były premier Donald Tusk. A czym w naszej, polskiej rzeczywistości kończą się działania wirtualne – widać po dzisiejszych notowaniach PO. Tak więc mogę powiedzieć – aspiracje szefa .Nowoczesnej są olbrzymie. Możliwości intelektualne ich realizacji – oceniam skromnie. Możliwości polityczne – jeszcze skromniej. Artykuł powyższy, traktujący w nieciekawy sposób o nieciekawej osobowości może nie zaspokoić oczekiwań Czytelników, dlatego tak zupełnie bez związku, by nieco zrekompensować stracony czas, polecam inny, zamieszczony pod adresem . Można nad nim pomyśleć. Pamięć o tym arystokratycznym rodzie, który przez kilka stuleci silnie zaznaczał swą obecność na Górnym Śląsku i małopolskim pograniczu, niemal zupełnie się zatarła. To musi dziwić, wszak była to jedna z nielicznych wielkich familii o korzeniach polskich. O niemieckich rodach wiemy dziś więcej. Ale nie doszukujmy się od razu jakichś podtekstów politycznych. Po prostu - tacy Ballestremowie czy Donnersmarckowie żyli na Górnym Śląsku nieledwie "wczoraj". Mieroszewscy zaś zniknęli. W XX wieku już ich tutaj nie było. Czy to tłumaczy naszą zbiorową amnezję? Cóż, w PRL niewiele mówiło się o arystokracji i jej wkładzie w cywilizacyjne dziedzictwo Polski i Górnego Śląska. Do dziś nie zdążyliśmy odrobić tych zaległości, choć w paru miejscach wydobyto i wyakcentowano dziedzictwo materialne i duchowe Mieroszewskich. Zdobne epitafia odnajdziemy w dawnym kościele parafialnym pw. NMP w Mysłowicach. Jakieś też ślady w ciągle zagrożonym zagładą pałacu siemianowickim, pełną zaś świetność w parku i pałacu w Gzichowie (dziś to dzielnica Będzina), no, i trochę dalej - w Ojcowskim Parku Narodowym, w Pieskowej miejsc jest zresztą więcej. A gdzie odszukamy potomków? Rozsypali się po świecie. Jako ród arystokratyczny właściwie się rozpadli. Najbardziej znaną postacią spośród dziedziców "tych Mieroszewskich" był Juliusz, jeden z najbliższych przyjaciół i współpracowników legendarnego Jerzego Giedroycia. Juliusz Mieroszewski przeszedł do historii żurnalistyki i piśmiennictwa politycznego przede wszystkim jako Londyńczyk - tak podpisywał większość swych znakomitych tekstów w paryskiej "Kulturze".Arkadiusz Kuzio-Podrucki, autor skromnej, ale solidnej monografii o Mieroszewskich, napisał: "Najważniejszym miastem wśród ich śląskich dóbr były Mysłowice, stolica ich ordynacji rodowej. Najsławniejszym jednak Katowice. Prawie połowa terenów dzisiejszej stolicy województwa śląskiego przez ponad dwieście lata była własnością rodziny Mieroszewskich".Chciałoby się dopowiedzieć: to wystarczający powód, by o tej rodzinie pamiętać. Choć odnajdziemy w niej postacie nie tylko światłe i zasłużone, ale także malowniczych utracjuszy. Aleksander - VI i ostatni ordynat mysłowicki - mimo, że ostro inwestował w raczkujący przemysł górnośląski, marnie skończył. Chcąc dorównać Potockim, roztrwonił majątek, a jego resztki sprzedał Wincklerom. Ci zaś wiedzieli, co z nim zrobić i jak go pomnożyć. Dopiero w roku 1945 im go o godz. w chorzowskim Teatrze Rozrywki rozpocznie się wieczór z cyklu "Górny Śląsk - świat najmniejszy", zatytułowany "Prawdziwa historia Mieroszewskich". Gośćmi Krzysztofa Karwata będą: Arkadiusz Kuzio-Podrucki - historyk zajmujący się dziejami śląskiej szlachty oraz Jarosław Krajniewski - historyk i kustosz. Dwa podwójne zaproszenia czekają na Czytelników, którzy zadzwonią do Biura Obsługi Widzów: (32) 346 19 31 do 3 lub (32) 346 19 49.

kim byli rodzice krzysztofa mieszkowskiego